Therapia 2.

Gnijąc, w łóżku szpitalnym człowiek dochodzi często do dziwnych rozmyślań. Kiedy pierwszy raz musiałem przeleżeć po operacji kilka dobrych godzin, zastanawiałem się jak to jest móc latać. Przez pewien moment, nawet kuszące było sprawdzenie tego i wyskoczenie przez okno, zwłaszcza gdy doktor powiedział mi, co mnie czeka. Pamiętaj do dziś to uderzenie chłodu, kiedy usłyszałem jedno słowo: kalectwo. Najgorsze co może się trafić, komuś takiemu jak ja. Miałem jeszcze przecież tyle do osiągnięcia. Jednak teraz zostawili mnie w jednej wielkiej niepewności. Nie wiadomo czy będę musiał jeździć na wózku, czy też spokojnie wrócę do domu. Zresztą cały ten teatr z lekarstwami, psychoterapiami, tomografami i badaniami ciągnie się od kilku miesięcy. Gości przez ten czas nie miałem, oprócz personelu szpitalnego. Aż do dziś.
Tego dnia właśnie miałem wolne od wszystkich badań. Musiałem jedynie leżeć i odpoczywać. W zasadzie robię to ciągle. Postanowiłem więc oddać się mojej ulubionej lekturze: "Deontologia i powinności starych lekarzy". Tytuł odstraszający, ale zawartość jakże ciekawa. Książka o obowiązkach i moralności, odnosząca się do medyków. Walczący chirurgowie z otwartą tętnicą, pielęgniarki ratujące pacjentów na SOR oraz sanitariusze wojskowi i ich brawurowe czyny ratujące życie ludzkie. Przyznam się bez bicia, że często płakałem czytając fragmenty o ich poświęceniu. To było coś niesamowitego. Coś, co rozumiałem jak nic. Kiedy akurat książka wciągnęła mnie bez reszty, usłyszałem bardzo dobrze znany mi głos:
-Ty nigdy nie miałeś gustu do literatury.
Spojrzałem się, i ujrzałem ją. Tak samo wyglądała jak wtedy, kiedy przygotowywaliśmy się do wielkiej misji. Związane włosy w kok, czarna koszula, szare obcisłe jeansy. Jednak teraz coś nie pasowało w jej sylwetce. Uznałem, że nie będę się w tej chwili o to pytać.
-A ty nigdy nie zagłębiałaś się w literaturę naukową. Co tutaj robisz? Czemu nie dzwoniłaś, pisałaś, cokolwiek?- zapytałem z nieukrywanym żalem. W końcu z Eleonorą znaliśmy się prawie całe życie. 
-Nikt nam nie powiedział, gdzie trafiłeś. Poza tym mieliśmy przez pewien okres czasu, zakaz szukania Ciebie i jakiegokolwiek kontaktu z tobą. Wybacz, Gabi.
No tak musiała zdrobnić moje imię do najbardziej przeze mnie znienawidzonej formy. Gabi. Jakby nie mogła Gabriel po prostu. 
-Co na to pani Heathow? Albo Konstans?
-To ona wydała to rozporządzenie. Michael nie miał nic do gadania. 
On nigdy nic nie miał do gadania. Zawsze kiedy był potrzebny, zakrywał się nią i jej rozporządzeniami jak tylko potrafił. Dlatego nie udało mu się z Endrju. 
Po chwili  Sakurako, czy też Eleonora Pangus, zebrała się i na jednym oddechu dodała:
-Muszę Ci coś powiedzieć. Chris nie żyje.
Moje oczy zeszkliły się jeszcze bardziej niż podczas czytania książki. Łzy były kwestią kilku sekund.
-Kiedy?- zapytałem drżącym, słabym głosem. 
-Dwa tygodnie temu. Onigari go dopadli. Kilka dni przed śmiercią, wysłał ostatnią wiadomość, gdzie mam przekazać, że byłeś najcenniejszy.
No i masz. Rozpłakałem się. Sakurako podeszła i przytuliła mnie. Nic nie mówiliśmy przez kilka minut. Byłem tak przyklejony do niej, płacząc jak dziecko. W końcu jednak poczułem, że czas przerwać ciszę:
-A jak reszta? Jak się trzyma wydział?
-Średnio. Draig i Mary ledwo co wytrzymują ze sobą, Outer walczy o przeniesienie. Lucy natomiast chce złożyć rezygnację. Konstans podobno bierze ślub niedługo. A co do mnie...wyprowadzam się do Londynu. Zmieniam prawdopodobnie drużynę. Jeśli się uda zostanę tam na stałe.
-Czyli przyjechałaś się ze mną pożegnać?- spojrzałem jej głęboko w oczy, moimi czerwonymi i szklistymi. Szybko zaczęła patrzeć na czubki swoich butów.
-Muszę Silent. Po tym wszystkim co tobie się stało i Chrisowi...
-Rozumiem. Chcesz uciec od tego. To nic złego. Tylko nie argumentuj tego naszym nieszczęściem. 
Spojrzała na mnie zdumiona. Nie spodziewała się tego po mnie. Zazwyczaj jestem dość empatyczną osobą. Jednak, kiedy mnie choroba zjada nie mam na to już sił. Bycie dupkiem jest łatwiejsze.
-Nie rozumiem. 
-Wybacz. Ostatnio mam cięższe dni i nie panuję nad sobą.
-To akurat już jest zrozumiałe- odrzekła z uśmiechem. Brakowało mi go bardziej niż czegokolwiek. 
-Niedługo się zbieram, jednak mam jeszcze do Ciebie jedną prośbę: jeśli uda Ci się wyjść stąd, to nie wracaj do pracy. Dość wycierpiałeś. Zresztą wszyscy wycierpieli.
-Znasz mnie. Pewnie zanim wyjdę zdążę zapomnieć o tym. 
-Znam Cię. Pewnie zanim wyjdziesz, już będziesz z nimi szedł znowu na jakąś misję bo prędzej czy później uciekniesz. Ile Cię już trzymają? sześć miesięcy?
-Sześć i pół.
Na tym rozmowa się urwała. Eleonora podeszła do mnie, pocałowała w policzek, przytuliła najmocniej jak potrafiła i odeszła. Nagle olśniło mnie co było nie tak.
-Twoje lewe podudzie...to jest proteza. Prawda?
-Widzę, że słuch masz jeszcze dobry. Trybiki ją tylko zdradzają. Straciłem ją miesiąc po tym, jak Ciebie zabrała karetka. Na szczęście Meredith i Mary znają się na robocie.  
Po czym wyszła z sali. 
Znowu zostałem sam. Tym razem jednak z pełniejszym obrazem rzeczywistości. 

Komentarze

Popularne posty